
Zbliżamy się do końca życia Jezusa, do momentu, kiedy składa On najwyższą ofiarę za nas.
Zanim zobaczymy tę scenę, która ma miejsce w czasie Ostatniej Wieczerzy, musimy cofnąć się o jeden rozdział. Jesteśmy w 12 rozdziale ewangelii św. Jana, bo tutaj ma miejsce ten moment przejścia:
Marta służy, centrum jej uwagi jest Jezus, i Maria namaszcza Jezusa, centrum jej uwagi jest Chrystus.
W pewnym momencie padają słowa z ust naszego dobrego znajomego Judasza, który nie ma Jezusa w centrum uwagi, bo ma siebie w centrum uwagi — dlatego jest nam dużo bliższa ta postać niż dwie kobiety:
czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? /J 12,5/
On ma jakąś swoją wizję, ma jakiś swój program, który myśli że ma zrealizować, dlatego nie może iść za Jezusem.
Jezus mu odpowiada i w tej odpowiedzi jest już radykalna zmiana: ubogich zawsze macie u siebie. Mnie zaś nie zawsze macie.
I to jest właśnie ta zmiana: z Paschą Chrystusa (św. Jan odróżnia Paschę Żydowską od tej prawdziwej Paschy), Jego obecność się zmienia. Jego obecność fizyczna już nie jest ważna, „ja” Jezusa Chrystusa się kończy — dopóki jest obecny fizycznie, można Mu okazać jakąś bliskość, można Go adorować.
Zmiana jest radykalna: centrum uwagi nie jest już Pan Jezus, ale ubodzy. „Teraz Ja jestem z wami, więc zostaw, żeby ona to robiła, niech to robi dobrze, bo jest mi z tym przyjemnie, ale ubogich zawsze będziecie mieli.”
Zmienia się kierunek: do tej pory moja relacja była skierowana w stronę Chrystusa, po Passze będzie w Chrystusie skierowana wobec innych.
Bo kim są ci ubodzy? To nie są biedni, których spotykamy na ulicy, ale to są wszyscy ci, których spotykamy.
Przypominają nam o tym błogosławieństwa, które nas mogą dziwić trochę: wy, którzy płaczecie… wy, którzy głodujecie… jakby to miało oznaczać, że warunkiem osiągnięcia świętości było cierpienie, bieda, tutaj na ziemi. Tutaj chodzi raczej o odwrócenie perspektywy: o to, że nie tyle liczy się to, w jakiej sytuacji znajdujemy się teraz — chociaż za chwilę zobaczymy, że to teraz jest również decydujące — ale o to, co przygotował dla nas Bóg: te wszystkie wspaniałe rzeczy, które znajdują się w drugiej części każdego z tych błogosławieństw.
Błogosławieństwa są po to, żeby nam przypomnieć, że świętość zaczyna się już tutaj, w życiu doczesnym, że to nie jest tak, że potrzeba nam czegoś innego, niż to, co już mamy. Nie. Świętość to już jest nasza codzienność, że my będziemy nasyceni, będziemy pocieszeni, itd, bo teraz płaczemy, bo teraz pragniemy!
Bo Bóg zawsze wybiera to, co słabe w oczach tego świata, żeby dokonać swojego dzieła zbawienia. Dlatego Pan Jezus rodzi się w stajence, dlatego wybiera rybaków na swoich najbliższych współpracowników. Bo zbawienie dokonuje się właśnie przez to, co słabe w oczach ludzi, a drogą jest to, co wydaje się być klęską: droga krzyżowa i śmierć. Cierpienie i smutek. Ale one są potrzebne, bo bez nich nie ma zmartwychwstania.
I żeby pokazać, że to jest prawda, Jezus w 13 rozdziale to sam pokazuje: w 12 rozdziale nie mówi do Judasza i do innych: „wy również róbcie to, co robi Maria”. Czemu? Bo nie ma sensu, jeszcze kilka dni i On umrze. Ale w rozdziale 13 mówi: „dałem wam przykład, abyście i wy tak robili sobie nawzajem”.
Tutaj — w oglądanej scenie — sytuacja się zupełnie odwraca: Marta służyła, teraz służy Chrystus, Maria była u stóp, teraz Jezus u stóp. Jezus pokazuje to, co mamy robić, nie wykłada jakichś wielkich idei.
Przed paschą: wy robicie to Mnie. Po Passze, kiedy ja przechodzę do Ojca — róbcie tak jak ja teraz robię: swoim zachowaniem, róbcie sobie nawzajem. Manifestacją Chrystusa, Jego obecnością wśród Was ma być okazywana sobie nawzajem miłość.
Myśmy Pana Jezusa zamknęli, tak mówiąc bardzo dosadnie, w monstrancji, a samych siebie unieruchomili na kolanach i często to przeszkadza nam w realizowaniu tego przykazania.

Dużo łatwiej jest mieć sacrum przed sobą, niż miłość bliźniego w sobie.
Bo w ten sposób wracamy do pogańskiego myślenia o tym, że jest jakiś podział na to, co duchowe i to, co nie jest duchowe. Myślimy wtedy: msza — duchowa, wyjście na piwo z kolegami — nie-duchowe, adoracja — duchowa, godzina zabawy z dziećmi — nie-duchowa, pielgrzymka — duchowa, rodzinna wycieczka — nie-duchowa.
Wreszcie: ksiądz i siostra zakonna — duchowy, mój brat czy siostra — nie-duchowy. Oczywiście upraszczam, przerysowuję, ale wiemy o co chodzi. Wiemy też do czego takie myślenie doprowadziło.
Do tego, że kultura naszego kraju jest silnie katolicka, ale tak naprawdę jest to tylko bardzo powierzchowne i ktoś może nawet być codziennie na mszy o 7 rano, ale już o 8:30 w pracy nienawidzi swojego brata… czy kombinuje, żeby jak najwięcej ugrać dla siebie kosztem innych, albo atakuje kogoś w internecie. Coś takiego to nie jest ‚jak ja was umiłowałem’.
A Pan Jezus mówi coś dokładnie na odwrót: że jest obecny z nami właśnie tam, gdzie okazujemy sobie wzajemną miłość. To znaczy, kiedy jesteśmy razem z innymi, z którymi może jest nam trudno, raczej niż w izolacji na kolanach chowamy się przed życiem klęcząc w kościele.
Służba Marty i intymna liturgia Marii — w Chrystusie to się zbiega, staje się jednym, On jest sługą, nie ma już podziału — sakrament ołtarza to jednocześnie jest sakrament brata.

Ważnym elementem są dwa okna w tle – tutaj w formie gotyckiej, bo kiedy je malowałem, w Paryżu płonęła katedra Notre Dame. Okno zawsze zachęca nas otwarcia się na innych, do nie zamykania się w wieczerniku, tylko do wyjścia i zaniesienia dobrej wiadomości o Panu Jezusie tym, którzy o Nim może jeszcze nie słyszeli, a może się na Niego obrazili, albo o Nim zapomnieli. Pełnia księżyca przypomina o tym, że właśnie obchodzona jest Pascha.
Historia tego przedstawienia wyprzedza kaplicę adoracji, a nawet mój przyjazd do Opola: pierwszy szkic narysowałem na Wielkanoc 2018 roku, kiedy byłem jeszcze diakonem, stąd Jezus ubrany jest – jak na poprzednich scenach biblijnych w szatę przypominającą dalmatykę – ubiór tych, którzy mają służyć.

