
Kąpiel, która ocala człowieczeństwo
W powieści Williama Goldinga Władca much kąpiel staje się jednym z najbardziej przejmujących znaków tęsknoty za utraconym światem. Ralph marzy o „proper wallow with soap”, czyli o porządnym taplaniu się z mydłem, ponieważ na wyspie coraz bardziej pogrążającej się w przemocy, brudzie i chaosie zwykła kąpiel oznacza dla niego powrót do domu, ładu i normalności. To pragnienie nie jest tylko tęsknotą za wygodą. Jest znakiem moralnej wrażliwości.
Brak higieny stopniowo ujawnia wewnętrzny rozpad chłopców. Im bardziej porzucają cywilizowane zwyczaje, tym mocniej zanurzają się w brudzie, pocie i krwi zabitych świń. Ich ciała zaczynają odzwierciedlać to, co dzieje się z ich duszami. Dlatego końcowa uwaga brytyjskiego oficera, że chłopcy potrzebują kąpieli, strzyżenia, wytarcia nosa i maści, brzmi tylko pozornie banalnie. Naprawdę odsłania przepaść między światem ładu a dzikością, w którą wpadli na wyspie.
Ta literacka intuicja prowadzi ku wodzie Jordanu. Człowiek potrzebuje oczyszczenia nie tylko zewnętrznego, ale także wewnętrznego. Potrzebuje wody, która dotyka ciała, i łaski, która dotyka serca. Potrzebuje zanurzenia w Chrystusie, aby odzyskać utracone podobieństwo do Boga.
„Potem Jezus i uczniowie Jego udali się do ziemi judzkiej. Tam z nimi przebywał i udzielał chrztu. Także i Jan był w Ainon, w pobliżu Salim, udzielając chrztu, ponieważ było tam wiele wody. I przychodzili [tam] ludzie i przyjmowali chrzest” (J 3,22-23).
Prostota tego opisu otwiera przestrzeń, w której można zobaczyć głębię chrześcijańskiego misterium. Woda, która obmywa, staje się znakiem nowego stworzenia. Chrzest nie jest tylko rytuałem oczyszczenia, lecz objawieniem Bożej obecności. Człowiek zostaje zaproszony do uczestnictwa w życiu Boga, do wewnętrznej relacji z Ojcem, Synem i Duchem Świętym.
Woda, w której niebo dotyka ziemi
Scenę obserwuje Trójca Święta pod postacią trzech wędrowców, którzy zasiedli u stołu w namiocie Abrahama (por. Rdz 18). To nawiązanie do ignacjańskiej kontemplacji o Wcieleniu, w której trzy Osoby Boskie spoglądają na świat idący ku zagładzie i postanawiają w swojej nieskończonej dobroci zesłać Syna, aby zbawił ludzkość i odnowił całe stworzenie przez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Bóg nie patrzy na świat z obojętnego dystansu. Patrzy z miłością, która nieustannie stwarza, podtrzymuje i odnawia.
Moment chrztu Jezusa w Jordanie był w najgłębszym znaczeniu teofanią, czyli objawieniem Bożej obecności. Objawia się Boskość Chrystusa, ale objawia się także Trójca Święta: Syn zanurza się w wodach Jordanu, Duch zstępuje, a głos Ojca potwierdza Jego umiłowanie i posłanie. Woda staje się miejscem, w którym niebo dotyka ziemi.
Dlaczego wcielony Bóg przyszedł się ochrzcić? Przecież nie potrzebował oczyszczenia. Zstępując w wody Jordanu, Chrystus uświęca wszystkie wody świata. Woda daje życie, obmywa, wypełnia szczeliny, dociera tam, gdzie człowiek sam nie potrafi dotrzeć. Bóg zstępuje więc w samo serce stworzenia. Nie zbawia świata z zewnątrz. Wchodzi w jego materię, dotyka jej od środka i zaczyna ją przemieniać.
Stara tradycja patrystyczna i ikonograficzna mówi, że Chrystus zostawił w Jordanie swoją białą szatę, którą my przywdziewamy w chwili naszego chrztu. Dlatego na niektórych wczesnochrześcijańskich przedstawieniach, na przykład w obu wspaniałych baptysteriach Rawenny, Jezus ukazany jest nago. To nie jest nagość zawstydzenia, lecz nagość nowego Adama. Chrystus wchodzi do wody ogołocony, aby nas przyodziać w swoje życie.
Zanurzenie w Jordanie jest również zapowiedzią zstąpienia do otchłani, którą w wyznaniu wiary nazywamy „piekłami”. To, co wydarza się w wodzie, zapowiada już Wielką Sobotę. Chrystus zstępuje tam, gdzie człowiek nie ma już żadnej siły, żadnego światła, żadnej nadziei. Chrześcijanin przez chrzest zostaje zanurzony razem z Chrystusem w Jego śmierć, aby razem z Nim powstać jako nowy człowiek.
Chrzest jest także ważnym momentem w ziemskim życiu Jezusa. Nie dlatego, że dopiero wtedy staje się Synem Bożym, lecz dlatego, że w tym wydarzeniu zostaje objawiona i potwierdzona Jego mesjańska tożsamość. Po latach życia ukrytego w Nazarecie Jezus wchodzi w nowy etap swojej misji. Ten, który wzrastał „w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2,52), wychodzi teraz ku światu jako umiłowany Syn posłany przez Ojca.
Ręka proroka i cudowny ptak
Jan Chrzciciel bardzo często, zwłaszcza w sztuce Kościoła zachodniego, przedstawiany jest z palcem wskazującym na Jezusa. To nawiązanie do jego słów, które powtarzamy podczas każdej Eucharystii: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”. Warto jednak pamiętać, że w greckim oryginale Baranek raczej „bierze na siebie” grzech świata. To drobny niuans językowy, ale ważny teologicznie: Chrystus nie usuwa grzechu magicznym gestem, lecz przyjmuje na siebie cały ciężar ludzkiego zagubienia, ciemności i oddalenia od Boga.
W takim przedstawianiu Jana kryje się jednak pewne niebezpieczeństwo. Łatwo skupić się na samym geście, na postaci proroka, na jego dramatycznej obecności. Tymczasem Jan całym swoim życiem wskazywał na Tego, który przychodzi. Nigdy nie stawiał siebie w centrum. Najpełniej wyraził to w słowach: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3,30). Dlatego na obrazie widoczna jest tylko ręka Jana wskazująca na Jezusa. Ta ręka przypomina, że również my jesteśmy wezwani do podobnego umniejszenia. Nie po to, aby zniknąć w lęku czy fałszywej pokorze, lecz po to, aby Chrystus mógł naprawdę wzrastać w naszym życiu.
Po drugiej stronie, naprzeciw ręki Jana Chrzciciela, znajduje się ptak. To legendarny Caladrius, który według dawnych opowieści żył w królewskich ogrodach i miał niezwykłą moc: gdy patrzył na chorego człowieka, brał na siebie jego chorobę, a potem odlatywał w stronę słońca. Trudno nie zobaczyć w nim obrazu Chrystusa. On jest Królem Wszechświata. On bierze na siebie nasze choroby. On jest Wschodzącym Słońcem, które „nas nawiedzi, by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju” (Łk 1,78-79).
Caladrius miał być szczególnie pomocny w chorobach oczu. To z kolei prowadzi nas do człowieka niewidomego od urodzenia, któremu Chrystus przywraca wzrok (por. J 9). Chrzest jest bowiem nie tylko obmyciem, ale także otwarciem oczu. Człowiek zaczyna widzieć inaczej. Widzi siebie w świetle Boga, widzi świat jako miejsce zbawienia, a nie tylko zmagania, widzi Chrystusa, który nie stoi daleko, lecz zanurza się w tej samej wodzie, w której zanurzona jest cała ludzka kruchość.
Badacze próbują odnaleźć w Caladriusie jakiś rzeczywisty gatunek z rodziny czaplowatych. Czaple są ptakami obecnymi niemal na całym świecie, długowiecznymi, spokojnymi, kojarzonymi z mądrością. Jakby nie zajmowały się tym, co błahe i przelotne, lecz wypatrywały tego, co naprawdę ważne. W tej ptasiej obecności kryje się więc delikatna lekcja duchowego patrzenia: nie rozpraszać się na wszystko, lecz wypatrywać światła.
W odbiciu Chrystusa w wodzie możemy przejrzeć się jak w zwierciadle. Święty Paweł pisze: „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz” (1 Kor 13,12). W innym miejscu dodaje: „My wszyscy z odsłoniętą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską jakby w zwierciadle; za sprawą Ducha Pańskiego coraz bardziej jaśniejąc, upodabniamy się do Jego obrazu” (2 Kor 3,18).
Źródło wszystkich powołań
Chrzest otwiera właśnie tę drogę przemiany. Nie chodzi tylko o to, że zostaliśmy kiedyś polani wodą. Chodzi o to, że zostaliśmy wszczepieni w Chrystusa. Staliśmy się dziećmi Ojca, członkami Kościoła i uczestnikami kapłaństwa Chrystusa. To jest pierwsza i najważniejsza konsekracja chrześcijanina. Chrzest mówi: nie należę już tylko do siebie. Należę do Chrystusa.
Każdy ochrzczony jest powołany do świętości, modlitwy, świadectwa, miłości i udziału w misji Kościoła. W tym sensie wszyscy ochrzczeni są poświęceni Bogu. Chrzest jest jak źródło rzeki. Wszystkie późniejsze powołania wypływają właśnie stąd.
Nad Jordanem objawia się więc coś więcej niż początek publicznej działalności Jezusa. Objawia się logika całego zbawienia: Bóg zstępuje, zanurza się, bierze na siebie to, co chore, ciemne i zagubione. Uświęca wodę, materię, ciało, ludzką historię. A potem zaprasza nas, abyśmy w Nim zobaczyli własne odbicie: jeszcze niejasne, jeszcze drżące na powierzchni wody, ale już przemieniane przez światło.
Bo w chrzcie nie chodzi tylko o to, że człowiek zostaje obmyty. Chodzi o to, że zaczyna jaśnieć cudzym blaskiem. Blaskiem Syna, nad którym Ojciec wypowiada słowa miłości i nad którym spoczywa Duch Święty.

