
„On zaś mówił o świątyni swego ciała” (J 2,21).
W Niebiańskim Jeruzalem nie będzie już Świątyni. Nie będzie miejsca oddzielonego od świata, do którego trzeba wejść, żeby spotkać Boga, bo wszystko zostanie wypełnione Jego obecnością. Świątynią będzie sam Bóg i Baranek — zabity, a jednak żyjący (por. Ap 21,22). To szczególne, że w samym środku obietnicy nowego życia pozostaje rana. Zmartwychwstały Chrystus nadal ma przebity bok i ślady gwoździ. Wieczność nie będzie jednak powrotem do chwili, w której jeszcze nic się nie wydarzyło i nikt nikogo nie skrzywdził. Historia zostaje ocalona razem z tym, co w niej bolało, ale ból nie ma już władzy nad życiem.
Ta myśl jest mi bliska, bo trudno byłoby mi zaufać zbawieniu, które wymaga zapomnienia. Zbyt wiele rzeczy w człowieku potrzebuje uzdrowienia, żeby wystarczyło powiedzieć, że teraz wszystko będzie dobrze. Zmartwychwstały przychodzi do uczniów ze swoimi ranami. Nie ukrywa ich i nie każe udawać, że nic się nie stało. Właśnie taki staje pośrodku nich i przynosi pokój. Jego Ciało nosi pamięć przemocy, ale pozostaje Ciałem Kogoś, kto kocha. Nawet przebite Serce nie zamknęło się przed człowiekiem.
Ex vulnere salus — z ran wypływa zbawienie. Trzeba to powiedzieć ostrożnie, bo zbyt łatwo przychodzi nam nadawanie sensu cierpieniu. Sam ból nie zbawia. Krzywda nie staje się dobra dlatego, że po latach udało się pośród jej skutków odnaleźć coś cennego. Zbawia miłość Chrystusa, który wszedł w nasze cierpienie i nie zostawił nas w nim samych. Nie bał się dotknąć tego, co poranione, ani tego, że sam zostanie zraniony. Otwarty bok Jezusa mówi mi o Bogu, przed którym nie muszę zbierać się w całość, zanim pozwolę Mu się zobaczyć.
Świątynią jest Jego Ciało. W tym obrazie jest coś więcej niż zapowiedź zburzenia i odbudowania przybytku. Bóg daje się spotkać w kruchości ciała, w jego zależności, w potrzebie bliskości, w możliwości zadania Mu bólu. Przez wcielenie przyjmuje to wszystko, przed czym nieraz próbujemy uciec w duchowość. A potem właśnie to Ciało, umęczone i zmartwychwstałe, staje się naszym pokarmem. Droga do Boga prowadzi przez człowieczeństwo Jezusa, przez Jego wyciągnięte ręce i otwarte Serce.
Trzecia prefacja wielkanocna przypomina, że Chrystus żyje jako Baranek zabity i nie przestaje wstawiać się za nami: Jego ofiara została dokonana, ale miłość, która się w niej objawiła, jest żywa w każdej chwili. Wyciągnięte na krzyżu ramiona nadal obejmują świat. W ten gest zostaje włączony Kościół, mistyczne Ciało Pana, który nie przestaje się modlić. Można zobaczyć jego obraz w rzymskich bazylikach: w laterańskiej bazylice Najświętszego Zbawiciela, matce i głowie wszystkich kościołów, gdzie znajduje się katedra Biskupa Rzymu, oraz w bazylikach świętych Piotra i Pawła za Murami, jak w ramionach wyciągniętych nad światem. Całe to ciało żyje jednak z jednego Serca. Wszystko, co może dać światu, najpierw musi z Niego zaczerpnąć.
Pascha Chrystusa jest początkiem wiecznej wiosny. Całe stworzenie zostaje objęte obietnicą życia: ziemia, woda, rośliny, zwierzęta i człowiek, który tak często zapomina, że sam również należy do tego ogrodu. Zbawienie sięga dalej niż nasze indywidualne losy. Bóg nie porzuca świata, który powołał do istnienia z miłości. Przywraca mu życie, a pośrodku na nowo wyrasta Drzewo Życia.
Tym Drzewem jest krzyż: suche drewno, na którym człowiek zawiesił Boga, wydaje owoc: Chrystusa, nowego Adama, w którym wszyscy zostaniemy ożywieni (por. 1 Kor 15,22). Gałęzie unoszą nad ziemię Tego, który uniżył się i stał się człowiekiem. W pierwszym ogrodzie człowiek sięgnął po owoc, podejrzewając, że Bóg zatrzymuje coś dla siebie. Teraz Bóg sam daje mu owoc i daje w nim Siebie w bezbronnej odpowiedzi na naszą nieufność.
Słowo stało się ciałem. Życie naprawdę zostaje nam dane. Płynie w gałęziach Drzewa, dociera do jego owoców, staje się pokarmem. W Eucharystii przyjmujemy Chrystusa, żeby Jego życie mogło stawać się naszym życiem, żeby powoli uzdrawiało w nas to, co przestraszone, zamknięte i niezdolne do miłości.
W wizji Ezechiela spod progu Świątyni wypływa rzeka, która uzdrawia wszystko, do czego dociera (por. Ez 47,1–12). Nawet słone, martwe wody zaczynają tętnić życiem, a nad brzegami wyrastają drzewa rodzące owoce. W przebitym boku Jezusa ten obraz znajduje swoje wypełnienie. Ze Świątyni Jego Ciała wypływają krew i woda. Pod Drzewem Życia otwiera się źródło, z którego może zaczerpnąć wszystko, co zostało zatrute śmiercią i ukąszone przez węża.
Przychodzi do niego dusza podobna do spragnionej łani (por. Ps 42,2). To obraz paradoksalny: dopiero własny grzech odsłania przed nami, jak bardzo chce nam się pić. Człowiek długo potrafi żyć tak, jakby wystarczał sam sobie, aż w końcu odkrywa, że nie umie ani cofnąć zła, ani własnymi siłami przywrócić sobie pokoju. Nawet wtedy nie zostaje odrzucony. To, co miało oddzielić go od Boga, może stać się miejscem wołania o Niego. Źródło jest otwarte także dla winnego.
Z tej wody chrześcijanin rodzi się do życia wiecznego. Zostaje obmyty i nakarmiony miłością, której nie potrafiłby sobie zapewnić ani na którą nie mógłby zapracować. W ranie Chrystusa znajduje schronienie również ze swoimi ranami. Nie musi od razu wiedzieć, jak o nich opowiedzieć. Nie musi dostrzegać sensu we wszystkim, co przeżył. Może po prostu zostać przy Kimś, kto zna ból od środka i nie odwraca wzroku. Tutaj zaczynają nabierać znaczenia słowa o pokoju, wytrwaniu i ukojeniu w bólu.
Owoc granatu jest dla mnie małym obrazem tej tajemnicy. Pod jego skórką kryje się mnóstwo czerwonych ziaren, ciasno przylegających do siebie. Pęknięcie odsłania obfitość, która wcześniej pozostawała niewidoczna. Czerwień przypomina miłość i mękę Chrystusa, a korona owocu — Jego królewskie wywyższenie na krzyżu. Otwarty granat przywołuje otwarte Serce: życie, które chce się udzielać, i miłość, w której jest miejsce dla wielu.
Nie wiem, dlaczego jedne rany goją się szybko, a inne odzywają się po wielu latach. Nie wierzę też, że każdą trzeba zamienić w piękną historię, żeby móc uznać swoje życie za ocalone. Wierzę natomiast, że Chrystus nie zostawia nas z tym, co nas poraniło. Jego zmartwychwstałe Ciało pozwala mieć nadzieję, że także nasza historia może zostać przyjęta w całości, bez przemilczeń i bez nazywania krzywdy dobrem. A tam, gdzie dziś potrafimy dotknąć jedynie bólu, może jeszcze popłynąć życie.
***
Obraz powstał w dwóch wersjach: poniżej umieszczam pierwszą, od której zaczął się cały ten cykl, jednak zdecydowałem się na koniec zrobić „remake”, żeby stylistycznie obraz dopasować do pozostałych przedstawień.


